piątek, 5 sierpnia 2016

Od Fumi, c.d. Rena

No pięknie... Nie dość, że moja komórka, a w tym wypadku raczej jej pozostałości, leżała na ziemi zepsuta, to dodatkowo kawa, której nie zdążyłam dokończyć wylądowała na osobie z którą się zderzyłam. Siedząc tak sobie na twardym chodniku, z szeroko otwartymi oczami przyjrzałam się jej (a tak właściwie jemu) bliżej. Był to wysoki facet, z całkiem pokaźną liczbą tatuaży oraz kolczyków. Mogłabym się w niego jeszcze długo wpatrywać, gdyby nie to, że wyciągnął w geście pomocy w moją stronę swoją dłoń.
Podałam mu swą rękę, a on pociągnął mnie do góry. Podniósł też to szczątki z mojego telefonu. Wzięłam to, co z niego zostało i obejrzałam dokładnie. No tak. Już po nim. Naprawa wyniosłaby więcej niż ten grat w ogóle kosztował.
- Ren, dzięki za poranną kawę - nieznajomy przedstawił się z uśmiechem. Ponownie uniósł dłoń w moim kierunku. Drugą trzymał koszulkę oblaną gorącym napojem.
Uniosłam kąciki ust, lekko rozbawiona, po czym niepewnie uścisnęłam jego dłoń.
- Fumi, miło mi poznać - odpowiedziałam w końcu. I wtedy mnie uderzyło. Idiotko, przeproś go za ten 'prysznic'.
- Ja... strasznie Cię przepraszam za to całe zajście - zaczęłam. - Powinnam była patrzeć gdzie idę... - westchnęłam ciężko, myśląc co teraz zrobię. Bez GPS'a mogę zapomnieć o znalezieniu tego cholernego lokalu. Cóż, chyba po prostu sobie odpuszczę i poszukam czegoś innego. Heh, teraz kiedy moja komórka jest w kawałkach przynajmniej się do mnie nie dodzwonią i nie będą się mogli czepiać, że nie przyszłam. Mam tylko nadzieję, że ten Ren nie będzie miał mi za złe mojego gapiostwa.
- Cóż, nic takiego się nie stało, mogło być gorzej - odpowiedział krótko, patrząc na swój T-shirt.
Rozmawiało nam się nadzwyczaj luźno, jak na dwójkę ludzi, które widzą się po raz pierwszy w życiu. Ale nadal miałam wyrzuty, za to co stało się przez moje roztargnienie.
- No, śpieszyłam się do pracy, ale bez nawigacji nawet nie będę w stanie znaleźć tego miejsca... Zawsze można znaleźć coś innego - zamyśliłam się na chwilę. W końcu zdecydowałam się zapytać - Słuchaj, na prawdę mi głupio za to, co się stało... Mogę Ci to jakoś wynagrodzić?

<Ren? <;  >

Od Kurumi C.D Juuzou

Wychodząc na zwiady okolicy, ostrzegłam dziewczyny, że kiedy tylko coś będzie się działo, mają krzyczeć i że wtedy na pewno wrócę i je uratuję. Zgodziły się i zaczęły robić coś, co mnie całkowicie nie interesowało. Chodziłam po ulicy, rozglądając się za dobrymi drogami do miasta. Musiałam wymyślić drogę główną, drogę "A" i drogę "B" jak gdyby, coś się nie udało. Przechadzałam się tak po okolicy, aż w końcu miałam wyznaczone kilka tras. Pierwsza to przez główną ulicę, a później przez uliczki. Druga wiodła przez tory kolejowe niedaleko, które szybko prowadziły do miasta, ale problem w tym, że były na otwartej przestrzeni. Ostatnim wyjściem było, przedostanie się do małego lasku bagiennego. Szłam już drogą prowadzącą do mieszkania, w którym je pozostawiłam. Będąc kilka domów dalej, usłyszałam ich krzyki. Niemalże od razu ruszyłam w tamtym kierunku. Wskoczyłam na schody i wyważyłam drzwi. Rozejrzałam się, a kiedy tylko stanęłam na środku pomieszczenia, ujrzałam postać, która stałą nad młodymi. Mężczyzna odwrócił się w moim kierunku. Wtedy go poznałam. Był to Juuzou. Warknęłam wściekle, każąc dziewczynką podejść do mnie. Roztrzęsione ruszyły w moim kierunku, jednakże chłopak zatrzymał młodszą. Hoshiko zatrzymała się dwa metry przede mną i zapłakana spojrzała w stronę swojej siostry.
- Nie! -Wyciągnęła w jej stronę rękę, ale szybko ją złapałam i szarpnęłam do tyłu.
Złapałam ją za barki i postawiłam za sobą. Uniosłam jej podbródek.
- Uwolnię Kamiko, a wtedy uciekajcie z domu. Szybko do was dotrę, tylko się nigdzie nie ruszajcie, dobrze? -Dziewczynka nie odpowiedziała, przez co powtórzyłam. Zareagowała skinieniem głowy.
Uśmiechnęłam się, po czym z kamiennym wyrazem twarzy odwróciłam się do albinosa. Wyzwoliłam jedną mackę, która zwisała po mojej prawej stronie. Zwęziłam źrenice i ukazując zęby, syknęłam.
- Puść ją albo długo nie pożyjesz...
Chłopak prychnął i jeszcze bardziej przycisną Kamiko do siebie. Pokręciłam głową i posłałąm mu zawistne spojrzenie.
- Sam się o to prosiłeś -Szybkim susem znalazłam się przy nim. Łapiąc za kark dziewczynkę, odepchnęłam go swoim kagune nie robiąc mu przy tym zbyt dużych szkód.
Puściłam ją, a ta podbiegła do siostry, a po chwili zniknęły za drzwiami. Odprowadziłam je wzrokiem, pozwalając Juuzou zbliżyć się do mnie. To czy wiedział, kim jestem, czy nie, nie zmieniało faktu, że wciąż zakładałam maskę. Tak lepiej wyzwala mi się 'moc'. Chłopak wbił dwa sztylety w moje barki. Jęknęłam donośnie i już miałam mu oddać, lecz ten użył kolejnych dwa, które wbił w prawe płuco. Kaszlnęłam krwią. Już miał się szykować do następnego ataku, kiedy to usłyszałam kolejne wołanie o pomoc. Zwróciłam się w tamtym kierunku, a słysząc je ponownie, odepchnęłam dotychczasowego przeciwnika i wybiegłam z mieszkania. Będąc na klatce schodowej, ujrzałam grupkę dziwnie ubranych. Serce zabiło mi mocniej. Poczułam złość, a kiedy tylko jeden z nich zacisną swoje łapsa na szyi Hoshiko i podniósł ją na blisko metr nad ziemią, coś we mnie pękło. Złapałam stalowe obręcze i wyskoczyłam przez nie, uwalniając kolejne cztery macki. Byłam nad nimi, kiedy zaatakowałam. Użyłam takiej siły, że organy zdołały wbić się w ziemię, uprzednio przebijając kilkoro z nich. W tej chwili pewne było, że w pewnym stopniu straciłam nad sobą kontrolę. Wtedy usłyszałam, że kolejni się zbliżają.
<Juuzou?>

Od Kichi Cd Juuzou

-No więc... Zauważyłem że nigdy oficjalnie cię o to nie spytałem , więc... będziesz moją dziewczyną?
Kiedy Juuzou wypowiedział te słowa myślałam że zaraz wybuchnę, jedna moja połowa chciała rzucić mu się na szyję i w końcu go wytulić, a druga chciała dać mu w twarz. Nabrałam powietrze w płuca i spojrzałam na niego z wyższością i nienawiścią w oczach, patrzyłam na niego jak żmija na swoją ofiarę. Z początku chłopak wydal się zmieszany moją reakcją, dopiero kiedy chciał wyjść, delikatnie złapałam jego dłoń, przysunęłam się do jego ucha i szepnęłam.
-Juuzou? Czy ty na prawdę myślisz że może być tak samo jak kiedyś, lub nawet lepiej? Nigdy nie będzie tak samo.....Zdążyłeś zabić moje uczucie do ciebie.....-Syknęłam i praktycznie wypchnęłam go za drzwi zamykając je na klucz. Poszłam do góry i zajęłam się synem....Kiedy młody zasnął, poszłam nad jezioro do którego wpadał piękny wodospad. Usiadłam nad brzegiem i spojrzałam w wodę.
~Przecież ja go kocham....Więc czemu go tak odrzucam?-Spytałam się w myśli i zaczęłam śpiewać w co zaczęły mi się wtrącać boginki wodne.... (XD)


Ostatecznie położyłam się na klifie i spojrzałam w gwieździste niebo. Kiedy nagle zauważyłam kogoś, wpatrywał się we mnie, stał w lesie. Wystraszona wpadłam do wody i schowałam się pod klifem. Osobnik szybko podbiegł i spojrzał w wodę. Widząc białe włosy uśmiechnęłam się pod nosem i wciągnęłam Juuzou do wody.
-Ładnie to tak mnie straszyć?!-Zaśmiałam się patrząc na niego rozbawiona. 
-To nie tak...!-Krzyknął zaczynając się tłumaczyć, ale nie wytrzymałam i zatkałam mu usta pocałunkiem.
-Zamknij się już i po prostu mnie kochaj.....-Szepnęłam patrząc w jego wielkie czerwone oczy.
-Kochać cię?
-Kochaj, tak mocno jak tylko potrafisz.-Zamruczałam całując go czule, chłopak owinął ręce na około mojego pasa, a ja jego szyi. 
-Myślałem że nic już do mnie nie czujesz...-Szepnął, patrząc mi w oczy.
-Ile razy ci mówić, że miłość jest wieczna? -Zaśmiałam się, cicho znowu go całując.
Chłopak przysunął mnie do siebie mocniej, pogłębiając pocałunek. Owinęłam jego biodra nogami, ujmując jego policzki.
-Kochaj mnie.....Kochaj się ze mną.-Szepnęłam między pocałunkami.

Juuzou?

od Juuzou c. d od Kichi

-Tatusiu? Ale ty nas kochasz, prawda? - zapytał mały wtulając się we mnie.
Kichi popatrzyła na mnie była ciekawa co odpowiem.
Po chwili ciszy odpowiedziałem:
- Juuzou zawsze was kochał.
No właśnie. Juuzou zawsze ich kochał ale ostatecznie to Rei przejął nade mną kontrolę musze pilnować żeby to się więcej nie powtórzyło. Gdy dotarliśmy na miejsce zjedliśmy razem kolacje, a gdy Kichi zaproponowała deser to ja razem z Kanato dosłownie w tym samym momencie krzyknęliśmy:
- Ja chcę deser bananowy z podwójna porcja czekolady!
Popatrzyliśmy na siebie ździwieni. Kichi się zaśmiała.
Wieczór minął bardzo miło, na końcu odprowadziłem ich do domu bo Kichi nawet nie chciała słyszeć o pójściu do mnie. Ciekawe kiedy odzyska do mnie zaufanie.
Kanto wesoły wleciał pierwszy przez próg ale Kichi krzyknęła:
- Kanato pożegnaj się z tatą.
Ten wrócił zawiedziony i zapytał:
- To tatuś nie będzie mieszkał z nami? Czy tak nie powinno być? Czemu mamusia i tatuś mają mieszkać oddzielnie?
- Właśnie. - powiedziałem za co Kichi zkarciła mnie morderczym wzrokiem, więc nie kontynuowałem odpowiedzi.
Kichi jednak nie odpowiedziała tylko popchnęła go delikatnie w moją stronę.
Kanato wtulił się we mnie jak w pluszowego misia a gdy poszedł, zacząłem zagadywać do Kichi:
- Wiesz Kichi . - powiedziałem łapiąc się za kark. - Może jednak dobrze by było gdybyśmy zachowywali się jak dawniej. - uśmiechnąłem się uwodzicielsko.
Ta jednak tylko przekręciła oczami i chciała zamknąć mi drzwi przed nosem, jednak nie pozwoliłem jej stając w drzwiach i przytrzymując je.
-  No dobra. Ale mam jedno bardzo ważne pytanie. - powiedziałem zmieszany.
- Mamo! - usłyszeliśmy głos Kanato dochodzący z góry. - Poczytasz mi bajki?
- Tak kochanie już idę. - odpowiedziała i dodała - Juuzou streszczaj się.
- No więc... Zauważyłem że nigdy oficjalnie cię o to nie spytałem , więc... będziesz moją dziewczyną?


Kichi? :>

od Juuzou c.d od Kutsechi

No proszę proszę. Przejmowała się zabitym psem  i porzuconym pistoletem, a sama wiezie przytomnego człowieka w bagażniku. Jego krzyk zaczął mnie naprawdę denerwować. Więc przy pierwszym lepszym wybrzyszeniu na szosie przyśpieszałem, a potem z radością słuchałem jak krzyk milknie.
-A co jak walną w głowę  i się właśnie wykrwawia? - zapytała.
- Nieeee. Uwierz mi nie tak łatwo kogoś zabić. Stracił po prostu przytomność.
Gdy dojechaliśmy i zabraliśmy ghula z pojazdu, otworzyłem bagażnik. Tak jak podejrzewałem mężczyzna był nieprzytomny.
Zacząłem klepać go po twarzy ale ten nie chciał się obudzić.
- I co teraz? - zapytała Kutsechi.
Uśmiechnąłem się bo właśnie w mojej głowie zrodził się nowy plan.
Wsiadłem do samochodu i wjechałem w pobliższe drzewo, potem przyniosłem nieprzytomnego na miejsce kierowcy. Wróciłem do Kutsechi:
- Będzie myślał że miał wypadek.
Kutsechi popatrzyła w kierunku rozbitego zderzaka.
- To było naprawdę głupie, nawet jak na ciebie. - skrytykowała i weszła do domu.
- Ważne że zadziała. - powiedziałem sam do siebie i pobiegłem za nią.


Kutsechi?

od Mett'a c.d od Kutsechi

( Mett będzie nieobecny przez dwa tygodnie)

-Jak wolisz .. Bardziej mokra być nie możesz, ale bardziej chora owszem. Po co gnić w łóżku? – spytałem . No ale nie przegadam raczej tej dziewczyny.
Zastanawiałem się chwilę nad odpowiedzią. Sam jej nie znałem. Co ja tutaj robię? Przyszedłem.
- Można powiedzieć że też prowadzę trochę nocne życie. Poza tym, jestem traserem. Skakanie i bieganie po budynkach to mój żywioł. Dlatego znalazłaś mnie na dachu, a nie na ziemi. Nic nadzwyczajneo, chociaż o tej godzinie taki widok może wzbudzać obawy. Coś skacze po dachach i jedyne co widzisz to przemykający cień. Normalnie duchy. –uśmiechnąłem się do niej. –W każdym razie, miło mi cię poznać, Kutsechi. Tak poza tym…czemu mieszkasz w opuszczonym mieszkaniu? – zapytałem z ciekawością, bo dopiero teraz sobie przypomniałem o tym fakcie. Powody mogły by różne. W końcu ja też swojego czasu mieszkałem z wujem w mieszkaniu, które nie było do końca legalne i do końca mieszkalne. Po ucieczce też przecież nie było gdzie mieszkać, a noclegownie mojego starego gangu to nie willa. Mogłem sobie wyobrazić jak jej ciężko było w takim miejscu i na razie tylko domyślać się jaki jest tego powód.

Kutsechi?

od Rena c.d od Fumi

 Do późna w nocy ćwiczyłem, zresztą chyba 4 dzień z rzędu, co niestety strasznie się na mnie odbiło wyglądam dziś jak istny zombie i chodzę zresztą równie żywo jak on. Na dodatek dostałem zlecenie gdzieś po drugiej stronie miasta, przejechałbym tą drogę w dobre 5 minut gdyby nie fakt, że samo trzymanie otwartych oczu jest dla mnie istną męką. No cóż w takim razie przejdę się na piechotę. Wychodzę jak zwykle spóźniony dobre 10 minut. "Jak kocha to poczeka" żartuje sam do siebie. Wiem że Pan Akai to gruba szycha dlatego wolałbym nie nadciągać jego cierpliwości kolejny raz z rzędu, dlatego resztką sił zmuszam się do szybkiego kroku jeszcze dwie przecznice i jestem na miejscu. Zastanawiam się jaką broń tym razem będzie chciał. Patrzę w niebo wyjątkowo ładna pogoda dzisiaj. Ani nie za słonecznie, ani nie wygląda by miało padać po prostu perfekcyjnie. W tej pięknej chwili coś uderza wprost w moją pierś. Ledwo co udało mi się utrzymać na nogach, a na mój ulubiony T-shirt ląduje jakiś pieruńsko gorący napój. "Kurna" syczę unosząc oblane miejsce. Patrzę na przyczynę tego zajścia. Nie brzydka ta "przyczyna" myślę sobie. A po chwili wpatrywania podaje jej rękę, bo chyba ma zamiar zostać na tym chodniku na wieki. Po czym podnoszę jej telefon... poprawka podnoszę to coś co kiedyś było jej telefonem, oddaje jej. I wyciągam rękę na powitanie.
- Ren, dzięki za poranną kawę. - uśmiecham się nadal jedną ręką trzymając oblaną koszulkę.

< Fumi?>